Im dłużej bywam w nowej szkole - a w liceum jestem już półtora miesiąca - tym bardziej mnie ta szkoła zadziwia. Bo kto z was widział już swoją nauczycielkę historii w stroju Lady Gaga albo panią od angielskiego tańczącą do muzyki i w stroju z lat '70? A do tego wychowawczyni w kowbojskim wydaniu, z gitarą i rewolwerem w dłoniach. Poezja w czystym wydaniu!
Podobało mi się to, że osoby na codzień spokojne i dumne w ten jeden, wyjątkowy dzień pokazały nam się z zupełnie innej strony! I każdy z nas - ty, ja, dziewczyna z klatki naprzeciwko i starszy pan z pobliskiej wsi - wszyscy mamy różne maski, które przybieramy w różnych, odpowiednich sytuacjach. Pojawia się w tym momencie pytanie - która jest prawdziwa? Poprzez którą maskę wyrażamy prawdziwych nas? Przez opanowanie? Przez nieograniczoną radość? Przez powagę i ironię? Przez każdą z nich? A może żadna nie jest prawdziwa?
Odpowiedź na to pytanie pozostawiam każdemu z was do indywidualnego przekontemplowania, ponieważ ilu ludzi, tyle odpowiedzi. Ja już swoją znam.
Druga sprawa, która przyprawia mnie o nerwowy śmiech to słowa nauczyciela: "Uczyliście się tego w gimnazjum? Więc zapomnijcie o tym, to bzdura". Haha! Czy to znaczy, że zmarnowaliśmy 3 lata nauki? Okłamywali nas? Ale z drugiej strony to śmieszne, kiedy wszyscy dookoła rozglądają się po sobie ze zdziwieniem i wspólnie poznajemy "prawdziwe" oblicze danego zagadnienia.
Mimo to zasiadam do nauki z przyjemnością. Książki są dla mnie fascynujące, a do szkoły jeżdżę bardzo chętnie. Może to też kwestia wspaniałych ludzi i niesamowitej atmosfery, a także tego, że mam już inne podejście...
Bo jak to mówią: "Człowiek dorasta, gdy uczy się dla siebie, a nie dla szkoły".